la revista on-line de la facultad de Filología Hispánica de Poznań

   

 

agregame a favoritos|contacto
Internet EsPa'Ti

 
     Portada
     Actualidad
     Vida Universitaria
     Mundo Hispano
     Literatura
     Críticas y análisis
     Traducción
     Nuestras obras
     Entrevistas
     Literarias
     Otras entrevistas
     Cultura
     Cine
     Música
     Deportes
     Artykuły po polsku
     Enlaces
     Mapa del sitio
     Contacto
 
 

 Márquez się z nas naigrywa, zadaje poważne pytania ale czy na poważnie?

   

Młody pracownik poczty (nieślubny syn karaibskiego przedsiębiorcy) zakochuje się w córce bogatego wdowca (hodowcy owiec – albo mułów, ale kogo to obchodzi). Uczucia młodych (jakieś, bo czy to na pewno miłość) początkowo są odwzajemniane. Ojciec młodej damy jednak nie zgadza się na ten związek z młodym, „perspektywicznym” pocztowcem. Hodowca ma plan co do przyszłości swojej córki, a do jego realizacji wykorzystuje przystojnego, lekarza z przyszłością. Dama pomimo gorącego uczucia do młodego pocztowca, wybiera ślub z rozsądku (mimo przysięgi wierności i oddania złożonej ukochanemu). Dziewczyna wychodzi za mąż za lekarza i żyje z nim w szczęśliwym (na takim wyglądającym) związku, mają dzieci. Zauroczony młodzieniec upiera się przy swoim (że jest mocno zakochany) i co jakiś czas nachodzi damę i ponawia swoje zaloty do niej. Ta jednak odrzuca je, choć przecież podobno czeka tam na nią wielka miłość usłana różami (i mnóstwem opowiastek zza okienka pocztowego). Zakochany wieczną miłością chłopak ratuje swoje heroiczne ja i przeżywa kilka romansów, ale jest w jego mniemaniu wierny, gdyż w żadnej ze swoich przygodnych pań się nie zakochał.

 

Niczego nie świadomy lekarz, choruje nazbyt wcześnie (jak na lekarza przystało wcześniej niż inni bohaterowie) i umiera. Na łożu śmierci wyznał jeszcze żonie że bardzo ją kochał przez całe swoje życie ( i pewno to była to prawda, bo córka hodowcy urodę miała wielką).

 

Zarówno dama jak i młodzieniec postarzeli się przez te lata, i już jako staruszkowie postanowili znowu dać sobie szansę. Jednak teraz tą decyzję oprotestowały jej dzieci. Nie zdołały jednak pokrzyżować planów matce i ona u kresu swojego życia spełniła obietnice daną tak dawno temu.

 

To wszystko znalazło się w powieści Gabriela Garcíi Márqueza „Miłość w czasach zarazy”. Niektórzy okrzyknęli te książkę, jako arcyromans wszechczasów. Tymczasem Márquez naigrywa się z czytelnika. Márquez pyta czytelnika, czy ten chce romansu, a że odpowiedź jest twierdząca - daje mu to czego oczekuje. Ale konwencja romansu jest tutaj powywracana do góry nogami. Młoda dama nie jest nieszczęśliwa z mężem (a chyba powinna), to ten związek wydaje się być pełny. Chaos zagląda jednak i tutaj. Młoda para nie wypełnia powinności małżeńskiej aż do wyjazdu do Paryża (to dosyć długo). W Paryżu nadrabiają jednak zaległości codziennie. Jednak po powrocie do Panamy wracają do starego porządku rzeczy.

 

Młodzieniec z poczty (ponoć romantycznie zakochany) natomiast daleki jest od mitologicznego ideału. Poprzysięga wierność, ale w tak zwanym międzyczasie podwaja i potraja swoje podboje. Mnożąc romanse odrzuca stałe związki i zaangażowanie nawet wtedy, gdy jedna z jego kochanek jest bez pamięci w nim zakochana. Odrzuca coś, o co sam walczył przez całe swoje życie nachodząc i prosząc o względy swoją ukochaną damę.

 

Wszystko to wymyślono i napisano w czasach (1985 rok) gdy nie były jeszcze bardzo popularne realisty i talk show’y. Książka ta z powodzeniem przygotowała grunt pod realizację takich programów. Można by rzec, gdyby czas i obyczaje biegły do tyłu, Marquez z łatwością wypełnił by lukę po programach, w których ludzie publicznie ukazują swoje wady i swoje prawdziwe ja.         Bo przecież znajdujemy u Márqueza bardzo celną uwagę: „… że ogół ludzi dzieli się na tych co mają zatwardzenia i tych co mają rozwodnienia”.

 

Czas. Ale to właśnie z czasem Márquez poradził sobie najlepiej. Sprawił, że jakby czas zatrzymał się w miejscu. Czas zatrzymał się w powieści ani nie za mądrej, ani nie zupełnie bez sensu, na pewno kontrowersyjnej.

 

Pocztowiec ma na imię Florentino, córka hodowcy mułów ma na imię Fermina, lekarzowi też nadano imię. Na szczęście pisarz nie nadał imionom żadnej symboliki, nie silił się na przenośnie i porównania. I  tylko zatrzymał czas na Karaibach, zmuszając nas podstępnie do zadania sobie pytania. Może serii pytań : „ ile w każdym z nas jest z młodzieńca”; „ ile w każdym z nas jest szaleństwa”; „ do czego jesteśmy zdolni, aby spełnić swoje marzenia”; „ ile jest w nas egoizmu i jakie są jego granice”. Każde z nas na te pytania i  pewno wiele innych odpowie są na osobności i w zaciszu. Potem dorzuci jeszcze pytania o dorosłość, odpowiedzialność za innych itp. A na sam koniec zostaną dwa ostatnie do wyboru. Kiedy i jak ocieramy się o śmieszność? Lub. Czy zawsze idąc przez życie trzeba sobie stawiać pytania?

 

Katarzyna Reclik©2009