la revista on-line de la facultad de Filología Hispánica de Poznań

   

 

agregame a favoritos|contacto
Internet EsPa'Ti

 
     Portada
     Actualidad
     Vida Universitaria
     Mundo Hispano
     Literatura
     Críticas y analísis
     Traducción
     Nuestras obras
     Entrevistas
     Literarias
     Otras entrevistas
     Cultura
     Cine
     Música
     Deportes
     Artykuły po polsku
     Enlaces
     Mapa del sitio
     Contacto
 
 

 Nerwica natręctw z hiszpańską bródką

 

 

 

Na przystanku tramwajowym, który odwiedzam co rano, w celu wydostania się z mojej zapomnianej przez czas ulicy, zauważyłam dziś nowy plakat reklamowy. Patrzy zeń na marznących przeważnie zgromadzonych czarnooka kobieta o bujnych kruczych lokach, pożerająca zmysłowymi ustami batonik o setkach kalorii. Piękność latynoska, przywodząca na myśl śródziemnomorskie plaże Hiszpanii, gdzie ciemnoskóre kobiety opalają się bez staników w gorącym słońcu lub namiętne bohaterki południowoamerykańskich seriali, które opalają listy kochanków o owłosionych torsach na ruszcie urażonej dumy.

Skoro zarejestrowałam w pamięci ten obraz źródłowy (czyli stanowiący źródło kompleksów każdej przeciętnej Polki), zdążył nadjechać tramwaj. Gdy tylko znalazłam w nim miejsce, gdzieś pomiędzy kobietą z wiązką gałęzi a potężnym osobnikiem o wyglądzie złodzieja komórek, do moich uszu dobiegł śpiew! I tym razem wcale nie należał on do człowieka z akordeonem, ani do pijanego osobnika podającego się za Czesława Niemena! Dobywał się z kilku męskich gardeł, które musiały przebyć daleką drogę, by zaprezentować się polskiej publiczności. Z niewielu słów, jakie udało mi się rozróżnić, stanowiących jak sądzę refren, bo powtarzających się natrętnie („por ke? por ke?”) wywnioskowałam, że moje uszy mają do czynienia z Hiszpanami. Rzut oka w stronę rozśpiewanej grupy i już nie mam wątpliwości: to przybysze z Południa. W kolejnym rzucie oka ( nie chodzi tu o jakiś z upodobaniem uprawiany przeze mnie rodzaj sportu, po prostu przeniosłam wzrok) ujrzałam plakat wiszący nad jednym z siedzeń, zapraszający chętnych na kurs tańca flamenco. Hiszpanie zdążyli już wysiąść z tramwaju i ja także stanęłam przy drzwiach pojazdu. Gdy tylko się otworzyły, w zasięgu mojego wzroku znalazł się wielki napis nad wejściem CK „Zamek” ogłaszający wystawę prac F. Goyi.

Tego samego dnia, na jednych z zajęć, zajmowaliśmy się związkami frazeologicznymi. Każdy otrzymał słownik i miał za zadanie otworzyć go w dowolnym miejscu, by przyjrzeć się budowie wylosowanych haseł. Oprócz frazeologizmu „obciągnąć ściernicę” (czyli „nadać powierzchni pracującej ściernicy wymagany kształt lub odpowiednie właściwości skrawcze” zboczeńcy!), napotkałam również hasła: „hiszpańska bródka”, „hiszpański bucik” (rodzaj tortury) oraz „kołnierz hiszpański”, który oznacza (odkrywam przed nie wtajemniczonymi) typ choroby wenerycznej (nie zdradzono, jakiej).

Nie dziwcie się zatem, Drodzy Sympatycy Kultury Hiszpańskiej, że wobec jej inwazji miałam pewne obawy, czy po powrocie do domu, z mojej lodówki nie wyskoczy generał Franko, a wyjęty z niej jogurt nie zacznie śpiewać głosem Glorii Estefan!

Jakie jednak wyciągnąć wnioski z powyższych opisów (oprócz tych, że cierpię na początki manii prześladowczej lub nerwicy natręctw)? Dla mnie, wszechobecność kultury hiszpańskiej jest widocznym znakiem jej atrakcyjności oraz pewnego zbliżenia, jakie w ostatnich latach dokonało się pomiędzy polską a Hiszpanią, wynikającego w dużej mierze z naszego zafascynowania egzotycznym Południem. Pozostaje mieć nadzieję, że również Hiszpanie dostrzegą ciekawe elementy w kulturze polskiej (poza niezaprzeczalną urodą tutejszych kobiet) i zaowocuje to jej karierą na Półwyspie Iberyjskim, czego Im i Nam życzę.

 

Justyna Koszarska©2005

 

Artykuł w formacie [doc] (24,5Kb)

Drukuj