la revista on-line de la facultad de Filología Hispánica de Poznań

   

 

agregame a favoritos|contacto
Internet EsPa'Ti

 
     Portada
     Actualidad
     Vida Universitaria
     Mundo Hispano
     Literatura
     Críticas y análisis
     Traducción
     Nuestras obras
     Entrevistas
     Literarias
     Otras entrevistas
     Cultura
     Cine
     Música
     Deportes
     Artykuły po polsku
     Enlaces
     Mapa del sitio
     Contacto
 
 

 "Sushi" Marc R. Soto

 

Budzę się i jest tak, jakby nigdy nie przyśniły mi się rozczłonkowane lalki.

 

Nadal oszołomiony, nie mam odwagi, aby się poruszyć. Ale po co, skoro światło wpadające do pokoju przez szparę w żaluzji mówi mi, że to jeszcze nie pora wstawać; po co, skoro czuję Sandrę, jej obecność odciskającą się na prześcieradłach, pozostawiającą pustkę, niematerialną granicę, zadrę powietrza między naszymi plecami. Nie. Lepiej się nie ruszać. Patrzę na przeciwległą ścianę i mogę sobie wyobrazić, że frunę nad zamarzniętym morzem. Leżę w bezruchu jak uśpiony, jak umarły, tak jak ona, pozornie pogrążona we śnie, której oddechu nie można usłyszeć.

 

Ostatnimi czasy mówi, że nie może zasnąć, jeżeli wcześniej nie odbędzie samotnego spaceru po swojej stronie materaca. Ciekawe co może zaprzątać jej myśli, być może owce, a może my i ta pustka, ten rozrastający się chłód, który nas dzieli ciskając każdego z nas na jego kraniec materaca, granicząc z przepaścią, kapcie, niczym śnięte ryby niesione z prądem zaraz stoczą się w otchłań. Właśnie tak sobie myślę, że kapcie są jak śnięte ryby, gdy nagle, bez uprzedzenia, jakiś wewnętrzny głos mówi mi: hej, wyobraź sobie, że ona nie żyje. Wyobraź to sobie przez chwilę: leży na wznak, klatka piersiowa zastygła w bezruchu, przez dekolt zielonej satynowej koszuli nocnej widać błękitną skórę, otwarte oczy, które niewidząc patrzą w stronę czerwonych cyfr budzika, a ty tutaj zadajesz sobie bezsensowne pytania, wyobrażasz sobie, że lecisz nad zamarzniętym morzem, śnisz o zepsutych lalkach. Hej, wyobraź to sobie przez chwilę, tylko żeby sprawdzić, co się wtedy czuje, choćby to było kłamstwo…

 

Bo jestem pewien, że to kłamstwo. Jeżeli w pokoju nie słyszę żadnego szmeru, to dlatego, że Sandra nie chrapie, a jedynie cichutko i miarowo oddycha. Pamiętam o tym z czasów, gdy jeszcze kładła głowę na mojej piersi, aby zasnąć, a wsłuchiwanie się w jej oddech było jak słuchanie łagodnego ruchu fal na spokojnej plaży. Jasne, że nie umarła, chociaż… być może rzeczywiście nie żyje.

 

Teraz, gdy o tym pomyślałem, nie mogę wybić sobie z głowy myśli, że rzeczywiście umarła w nocy, dusząc się czymś, czego nie zdołała wypluć na czas podczas snu, być może to sushi, które zjadła na kolację; a nad ranem (takie rzeczy mają miejsce każdego dnia) bańka kwasu niespodziewanie pękła w jej żołądku wypychając w górę przełyku zabójczy kawałek surowej, kleistej, półprzezroczystej ryby, który utknął w gardle, zamieniając Sandrę w lalkę, która pogrąża się w ciemności, której powieki nie mrugają już od dłuższego czasu, a z jej ust zwisa galaretowata strużka słonawej śliny.

 

Ale oczywiście nie umarła. Co za idiotyzm, myślę sobie. Ludzie nie umierają z powodu nagłego skurczu żołądka, a już na pewno nie w naszym wieku. Być może osoby starsze, dlatego śpią w osobnych łóżkach, ale młodzi? Jeżeli nie słyszę jak oddycha, to po prostu – ileż razy mam to powtarzać? – ponieważ jej oddech jest niesłyszalny. Staram się przekonać sam siebie, że nie umarła, że świat to królestwo rozsądku, bila z kości słoniowej tocząca się po doskonałym stole bilardowym, że w każdej chwili obojętnie kogo nie może spotkać coś podobnego: budzi się pewnego dnia i znajduje ciało żony spoczywające kilka centymetrów od jego ust.

 

Nawet jeśli naprawdę chcę się pozbyć wątpliwości, myślę, że równie dobrze mógłbym dyskretnie przesunąć stopę między prześcieradłami, powoli, bardzo powoli, dopóki nie dotknę jej pięty; albo jeszcze lepiej, mógłbym odwrócić się i przypatrywać się ruchowi jej pleców podczas oddychania, dotknąć jej ramienia, potrząsając ją lekko szepcząc jej imię.

 

Z drugiej strony mógłbym to wszystko zrobić i odkryć, że nie żyje, na co wcale nie jestem przygotowany. I nawet gdyby jej stopy były zimne, mogłoby to nic nie znaczyć. Ileż to razy w przeszłości ogrzewałem jej nogi swoimi! Mógłbym też dotknąć jej ramienia, a ona – tego nie zauważyć. I w końcu zostałoby tylko jedno: pociągnąć ją, obrócić w moją stronę aż ułoży się na wznak, aby odkryć jej błękitnawą twarz, ślinę przywierającą do jej półotwartych ust, szkliste oczy oglądające już Nibylandię; usłyszeć martwą objętość powietrza w jej piersi, która tłoczy się pod satyną nocnej koszuli, jej włosy uderzające o poduszkę, jej ciało uwikłane w prześcieradła. I właśnie tego nie chcę, bo gdybym to wszystko zrobił i odczuł na sobie mętne szkło jej oczu, zacząłbym krzyczeć, krzyczałbym tak, jak nigdy wcześniej, ale to jakiś absurd, ponieważ najprawdopodobniej nic się nie stało, z pewnością za niedługą chwilę zadzwoni budzik: sądząc po świetle, brakuje jakiegoś kwadransa, a gdy zadzwoni, ona wyłączy go ruchem ręki i obudzi mnie tak jak ma w zwyczaju, muskając mnie pod prześcieradłem swoimi stopami. I nawet jeżeli jej stopy będą zimne, zimne jak zimne ryby, zimne jak trupy pod ziemią, zimnie jak palce Johna Lennona, nie będę krzyczeć, nie przejdzie mnie nawet dreszcz, ani serce nie podskoczy mi w piersi, bo to będzie oznaczać, że żyje. Dlatego pozostaje mi czekać.

 

Chociaż, gdy teraz o tym myślę, być może wczoraj w nocy nie nastawiliśmy radio-budzika, w ten sposób dzień będzie mijał za żaluzją, a po tej stronie świata nic się nie poruszy, nie będzie niczego, poza tą przygniatającą, podwodną ciszą. Ale – chwileczkę! – oczywiście, że nastawiłem budzik. Zrobiłem to, gdy Sandra myła zęby w łazience pochylona nad umywalką, ponieważ plamki z pasty do zębów na lustrze wyprowadzają ją z równowagi. Chciałem zjeść śniadanie oglądając wiadomości, a potem skosić trawnik w ogródku, dlatego nastawiłem go na wpół do dziewiątej, więc wkrótce zadzwoni, bo, cholera, nie śpię już od ponad pół godziny, a fakt, że światło przenika przez żaluzje nie podlega żadnej dyskusji. Trzeba myśleć trochę bardziej pozytywnie: budzik zadzwoni, ona wyłączy go ruchem ręki, ja wstanę i będzie jak każdej letniej niedzieli. Porozmawiam z nią, pocałuję, a jej usta nie będą trupio sine, jej oczy będą błyszczeć i nie będzie już więcej ciszy.

 

No dalej, zadzwoń! Już słychać głos radiowego spikera informującego nas, że jest już wpół do dziewiątej, doskonały czas, aby przygotować ręczniki i parasol przeciwsłoneczny i udać się na plażę. Jest wpół do dziewiątej, już jest. Zaraz Sandra otworzy oczy, obudzi się, zauważy strużkę śliny zwisającą z jej ust, zmarszczki, które poduszka odcisnęła na jej twarzy, leniwie wyciągnie ramię, aby wyłączyć radio i obudzi mnie dotykając lekko lodowatymi stopami.

Zaraz.

 

Tłumaczenie z hiszpańskiego: Abeja©2007

 

Tekst oryginalny: Soto, Marc R. (2005). Sushi en „Antología de Literatura Fantástica Artifex tercera época vol. 1”, Madrid, Bibliópolis.