la revista on-line de la facultad de Filología Hispánica de Poznań

   

 

agregame a favoritos|contacto
Internet EsPa'Ti

 
     Portada
     Actualidad
     Vida Universitaria
     Mundo Hispano
     Literatura
     Críticas y análisis
     Traducción
     Nuestras obras
     Entrevistas
     Literarias
     otras entrevistas
     Cultura
     Cine
     Música
     Deportes
     Artykuły po polsku
     Enlaces
     Mapa del sitio
     Contacto
 
 

 Zemsta Kojota

Arturo Pérez-Reverte | El Semanal | 26.02.2006

 

Jak doskonale Państwo wiecie, byk to nie tylko nie kastrowany samiec bydła domowego, ale także słowo oznaczające błąd, zwłaszcza ortograficzny, i pomyłkę, która zazwyczaj zdarza się nie z powodu niewiedzy, ale przez nieuwagę, tego który pisze czy mówi. Każdy, kto pracuje z tak zwanym słowem drukowanym wie, o co mi chodzi. Podczas publicznych wystąpień częściej da się zatuszować popełnienie gaf, które są w Hiszpanii tym mniej widoczne, jako że zdarzają się zazwyczaj niesławnym sferom rządzący. My, Hiszpanie, wiemy, więc czego się trzymać. Wśród ludzi wykształconych, natomiast, kwestia ta przedstawia się inaczej. Jest to bardziej sprawa honoru. Byki są wieczną zmorą dziennikarzy i pisarzy, nawet wielcy mistrzowie nie uchronią się przed niedbale sprawdzonym tekstem czy pospiesznie poprawioną szpaltą.

 

Ogólnie rzecz ujmując, każdy byk jak się należy, nie ważne ile razy sprawdzałoby się i poprawiało tekst, pozostaje w ukryciu i atakuje tylko wówczas, gdy po wydrukowaniu dzieła, autor otwiera je na przypadkowej stronie, a on tam jest, wytłuszczony i błyszczący, podstępnie zakamuflowany przez miesiące czy lata pracy. Może być spowodowany niewiedzą autora, błędem w dokumentacji lub zbyt szybkim i ryzykownym uogólnianiem. W każdym razie, można być pewnym, że po opublikowaniu dzieła, zawsze znajdzie się jakiś czytelnik, który będzie ekspertem w danej, nawet najdziwniejszej, dziedzinie. I ten właśnie czytelnik, z pewnością napisze list, w którym wytknie usterkę. A znajdą się prawdziwe tytany w tej kwestii, nieprzejednani mędrcy, którym nic nie umknie. Każdy ma jakiegoś bzika. Zapewniam Państwa, że jeżeli jakiś pisarz oświadcza, że w roku 1947 pociąg pocztowy wyjechał z miejscowości Sangonera la Seca o 8.15 lub, że piracki statek zatonął na głębokości ośmiu metrów w pobliżu Trincabotijas, zawsze znajdzie się jakiś fanatyk kolei żelaznej, który sprecyzuje, że w tym właśnie roku pociągi pocztowe wyjeżdżały z Sangonery o 8.50, albo jakiś ekspert kartografii morskiej, który zauważy, że w XVIII wieku dokładna głębokość morza w okolicach Trincabotijas wynosiła cztery sążnie czyli 6,68 metrów.

Przeżyłem to na własnej skórze i szczęka opada. Zacząłem dowiadywać się jak to dokładnie wygląda wraz z moją pierwszą powieścią, w której napisałem, że huzar stał obok eukaliptusa. Książka co dopiero opuściła drukarnię, a ja otrzymałem przemiły list od czytelnika, specjalisty w dziedzinie botaniki, który zaznaczał, że akcja mojej ksiązki rozgrywa się w roku 1808, podczas gdy drzewa te zostały przywiezione z Australii do Hiszpanii ni mniej ni więcej a pięćdziesiąt siedem lat później. W innej książce, podczas rozmowy dwóch postaci o gwiazdach, włożyłem jednej z nich w usta wypowiedź, że 5.000 lat temu to Smok, a nie Gwiazda Polarna, wyznaczał północ; no i natychmiast dostałem list od czytelnika, który, uściślając, że było to dokładnie 4.800 lat temu, zachęcił mnie do większej precyzji w podawaniu danych naukowych. Wszystko to zasługuje oczywiście na wyrazy podziękowania. Pomaga poprawić i sprostować późniejsze wydania, a także zakłada podwójną lekcję: pokory dla autora- nie można wiedzieć wszystkiego o wszystkim- oraz szacunku, co do kategorii czytelników oraz powagi, z jaką traktują tekst.

 

Ale jasne są i tacy, którzy chcą podłożyć świnię lub uważają się za niezwykle przenikliwych. W przypadku serii o kapitanie Alatriste, poza korespondencją, która z dobrej woli precyzuje lub modeluje szczegóły, przychodzą do mnie uwagi specjalistów- czasami nawet jakiegoś historyka od siedmiu boleści- których wpadki kolekcjonuję z satysfakcjonującym zainteresowaniem. Weźmy na przykład słowo luteranin, używane przez uogólnienie do opisania siedemnastowiecznych Holendrów choćby w tekstach Lope de Vegi czy Calderona (który przecież tam był), dzięki któremu zagiąłem niejednego mądralę. Ale przecież poza niezwykle rzadkimi wyjątkami, osoby wytykające prawdziwe lub domniemane byki są zazwyczaj uprzejme i wcale nie popisują się erudycją. Wręcz przeciwnie: ekspert ocenia jedynie wysiłek, tego, kto odważa się z uporem i wysiłkiem wejść na jego teren. To nie przeszkadza żeby niektórzy z nas, pisarzy, na przekór nie ulegali również tej trywialnej pokusie umieszczenia w tekście zasadzek, aby odpłacić pięknym za nadobne. W tym punkcie, byk- zasadzka, z którego jestem najbardziej zadowolony to Dizzie Gillespie, który gra na pianinie w Cmentarzysku bezimiennych statków. Nie wyobrażacie sobie Państwo ilości otrzymanych przeze mnie listów, oczywiście niezwykle uprzejmych i wysłanych w dobrej wierze, które wyjaśniały, że Dizzie Gillepsie był trębaczem jazzowym, a nie pianistą. Na co zwykłem odpowiadać krótkim listem, który przygotowałem na samym początku: Gillespie był, w rzeczy samej, trębaczem, ale 26 listopada 1945 roku, gdy Charlie Parker nagrał Koko dla firmy fonograficznej Savoy, pianista nie dotarł do studia i Gillespie musiał zagrać nie tylko na trąbce, ale także na fortepianie. Tak, więc literatura, i gra, którą pociąga za sobą, zawiera też takie rzeczy jak Zemsta Kojota.

 

Tłumaczenie: Maya©2006

Tekst oryginalny znajdziecie na stronie autora: http://www.capitanalatriste.com/escritor.html?s=patentescorso/pc_26feb06